Stary, wiem. Najchętniej poszedłbyś w bluzie z kapturem i mówił wszystkim, że jesteś przebrany za siebie w poniedziałek. Tym razem nie. Dobra wiadomość jest taka, że facet ma w Halloween łatwiej, niż mu się wydaje, bo nie musi umieć szyć ani malować i nie musi wyglądać jak z okładki „Vogue’a”. Liczy się pomysł i to, że w ogóle ci się chciało. Jest tylko jedna zasada: jak już się przebierasz, to na całego. Dracula na pół gwizdka to po prostu gość w pelerynie, więc trzymaj się roli dłużej niż do pierwszego piwa. A skoro o Draculi mowa, od niego zacznijmy, bo od niego wszystko się zaczęło.
Powieść Brama Stokera wyszła w 1897 roku, a imię hrabiego pisarz podebrał Władowi Palownikowi, okrutnemu władcy Wołoszczyzny. Kino pokochało Draculę od razu, choć nie zawsze legalnie. Niemiecki „Nosferatu — symfonia grozy” z 1922 roku był nieautoryzowaną przeróbką powieści, wdowa po Stokerze wygrała proces i sąd kazał zniszczyć kopie filmu. Kilka na szczęście przetrwało, a w 2024 roku Robert Eggers nakręcił nowego „Nosferatu” z Billem Skarsgårdem. Wygląd, który wszyscy kojarzymy, utrwalił Bela Lugosi w „Draculi” z 1931 roku: zaczesane włosy, peleryna i maniery jak u kelnera z pięciogwiazdkowego hotelu. Lugosi tak zrósł się z tą rolą, że pochowano go w pelerynie hrabiego. Po nim przyszli Christopher Lee w horrorach wytwórni Hammer i Gary Oldman w „Drakuli” Coppoli, do którego kostiumy zaprojektowała Eiko Ishioka i dostała za nie Oscara. Koleżanka opowiadała o willi nad Jeziorem Genewskim. Elegancki wampir pochodzi właśnie stamtąd. Przy tym samym konkursie lekarz Byrona, John Polidori, wziął porzucony przez Byrona pomysł i zrobił z niego opowiadanie „Wampir”, którego bohater, blady i uwodzicielski lord, wygląda dokładnie tak, jak sto lat później pokochało go kino. A jeśli ktoś ci powie, że wampiry to amerykański import, przypomnij mu o naszych strzygach i upiorach. Wiedźmin nie walczył przecież z dyniami.
Dracula nie biega jak wariat, tylko sunie. Ma wolne ruchy, prostą sylwetkę i spojrzenie, od którego przechodzą ciarki, a do tego frak, kamizelkę, żabot i pelerynę z czerwoną podszewką. Pelerynę zrobisz ze starej czarnej zasłony, poszwy albo rozkloszowanej spódnicy, i nie śmiej się, bo pas zapinasz pod szyją i nikt się nie zorientuje. Podszewkę doszyjesz albo przykleisz ze starej czerwonej poszewki. Najważniejszy jest wysoki kołnierz, który podobno narodził się w teatrze. W scenicznej wersji z lat dwudziestych zasłaniał aktorowi tył głowy, żeby ten mógł niepostrzeżenie wymknąć się z peleryny przez zapadnię, a widzom wydawało się, że hrabia rozpłynął się w powietrzu. Twój kołnierz wytniesz z kartonu albo plastikowej teczki na dokumenty, oklejesz materiałem, od środka czerwonym, i przypniesz do peleryny zszywaczem. Musi stać sam, bo inaczej wyglądasz jak kaczka. Pelerynę zapniesz dwoma dużymi guzikami i kawałkiem łańcuszka od starej torebki. Frak i kamizelkę weź od garnituru, który pamięta studniówkę albo wesele kuzyna, a żabot ułóż pod szyją z białej chusteczki albo kawałka koronki i spnij broszką z kapsla pomalowanego czerwonym lakierem do paznokci.
Włosy zaczesz gładko do tyłu na dużą ilość żelu. Puder o ton jaśniejszy od twojej cery zrobi z ciebie kogoś bladego jak ściana w piwnicy, a odrobina szarego cienia pod oczami i pod kośćmi policzkowymi doda arystokratycznego zmęczenia. Kły są opcjonalne. Tanie plastikowe świetnie wyglądają na zdjęciach i fatalnie w rozmowie, więc trzymaj je w kieszeni na sesję. Naucz się za to jednej kwestii z 1931 roku, „Nigdy nie pijam… wina”, i mów ją powoli, z pauzą, patrząc rozmówcy w oczy. Do zdjęć wystarczy światło od dołu, czyli latarka w telefonie trzymana na wysokości klatki piersiowej. Całość zamkniesz w dwudziestu złotych, a jeśli masz stary garnitur, nie wydasz nic.