Bal halloweenowy za grosze

Pod koniec października kluby pękają w szwach od zombie i czarownic, a w co drugim mieszkaniu ktoś szykuje domówkę w przebraniach. Jeszcze niedawno nikt by w to nie uwierzył. Halloween przyszedł do nas z kina i telewizji. Najpierw oglądaliśmy, jak Elliott z „E.T.” wyprowadza kosmitę z domu przebranego za ducha, potem były „Hokus pokus” i amerykańskie seriale, a dopiero na końcu plastikowe dynie w sklepach. Samo święto jest dużo starsze od kina. Nazwa pochodzi od All Hallows' Eve, wigilii Wszystkich Świętych, a korzenie sięgają celtyckiego Samhain, kiedy żegnano lato, a duchy miały podobno łatwiejszy dojazd na ziemię. Irlandczycy i Szkoci zabrali ten zwyczaj do Ameryki, Amerykanie zrobili z niego widowisko, a my dostaliśmy je w pakiecie z popcornem. Kto uważa, że to obce, niech sobie przypomni Dziady. Mickiewiczowskie „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?” brzmi przecież jak początek dobrego horroru, a w piątek można iść na bal i w niedzielę zapalić znicz.

Dobry kostium wcale nie musi pochodzić ze sklepu. Najlepsze powstają w przedpokoju, z rzeczy, które od dawna miały iść do kontenera: ze starego prześcieradła, flanelowej koszuli po tacie, firanki z szafy babci i dżinsów, które i tak miały już dziurę. Z kuchni przyda się herbata i kawa do postarzania tkanin, a miód, barwnik spożywczy i kakao wystarczą na całkiem przekonującą sztuczną krew. Resztę załatwi kosmetyczka, w której prawie każda z nas ma eyeliner, kilka cieni i ciemną szminkę. Tego, czego brakuje, warto poszukać w lumpeksie, bo marynarka z długimi połami albo robocze ogrodniczki kosztują tam mniej niż jedna maska z marketu.

Wybraliśmy osiem postaci, każdą z filmu, który warto znać, i do każdej dorzucamy kilka ciekawostek na imprezę. Zanim jednak zaczniesz, pamiętaj, że to koniec października. Kostium musi przetrwać drogę z przystanku i dobrze wyglądać spod płaszcza, bo inaczej będziesz jak klaun w środku nocy na przystanku. Nowe farby do twarzy sprawdź dzień wcześniej na kawałku skóry, kolorowe soczewki zakładaj tylko po wizycie u optyka, a peleryny, welony i koronki trzymaj z dala od ognia, najlepiej przy świeczkach na baterie. Maska musi dawać dobrą widoczność i swobodny oddech, więc na schodach i za kierownicą lepiej ją zdjąć. Rekwizyty przypominające broń, nawet plastikowe, zostaw w domu, bo masz straszyć gości na imprezie, a nie policję po drodze. Stylizacje dla pań przedstawi nasza koleżanka, która przebiera się na Halloween od lat. Panom doradzi kolega, który długo się bronił, ale w końcu dał się przekonać.

Mumia, czyli dama po bardzo długiej drzemce

Kochana, siadaj i nalej sobie herbaty. Przebieram się na Halloween od lat i pamiętam jeszcze czasy, kiedy ludzie myśleli, że dynia nadaje się tylko do zupy. Przez ten czas nauczyłam się kilku rzeczy. Najlepsze kostiumy robi się z ubrań, których nie żal, bo kiedy drżysz o ulubioną sukienkę, zamiast się bawić, tylko się denerwujesz. Makijaż robi robotę, a ubranie najwyżej mu pomaga. No i zanim wyjdziesz z domu, pomyśl, jak w tym przebraniu pójdziesz do toalety, bo nawet najlepsza mumia musi czasem… no wiesz. Od mumii zresztą zaczniemy, bo to najprostszy kostium z całej czwórki.

Pierwsza filmowa mumia wstała z sarkofagu w 1932 roku. Boris Karloff zagrał wtedy Imhotepa, egipskiego kapłana, którego ktoś nieopatrznie obudził, a charakteryzacja do scen w bandażach trwała podobno osiem godzin. Większość z nas zna jednak „Mumię” z 1999 roku, przygodówkę z Brendanem Fraserem i Rachel Weisz, pełną piasku, skarabeuszy i humoru, która dalej świetnie się ogląda. W wersji z 2017 roku, tej z Tomem Cruise’em, mumią jest wreszcie kobieta, księżniczka Ahmanet grana przez Sofię Boutellę, i dobrze, bo bandażom należało się trochę blasku. Fascynacja mumiami nie zaczęła się zresztą w kinie. W XIX-wiecznej Anglii sprzedawano bilety na pokazy, podczas których lekarz odwijał przed publicznością kolejne warstwy płótna, a malarze przez lata używali farby zwanej brązem mumiowym, robionej dosłownie ze sproszkowanych mumii. Można ją było kupić jeszcze w XX wieku.

Nasza mumia nikogo nie straszy. To egipska dama po drzemce trwającej kilka tysięcy lat, w sukience z bandaży, ze złotym kołnierzem na szyi i kreską jak z fresków w Dolinie Królów. Bandaże zrobisz ze starego prześcieradła albo kilku spranych T-shirtów, które trzeba porwać w pasy szerokie na pięć do ośmiu centymetrów. Właśnie porwać, a nie pociąć, bo postrzępione brzegi od razu wyglądają, jakby przeleżały tysiąc lat. Paski wrzuć na pół godziny do mocnej herbaty albo kawy, wyciśnij, zgnieć w kulę i wysusz na kaloryferze. Każdy wyjdzie w innym odcieniu beżu i o to właśnie chodzi.

Bandaży nie owijaj na gołym ciele. Najpierw załóż dopasowaną sukienkę albo legginsy i top w kolorze skóry, a w zimny wieczór pod spód zmieszczą się jeszcze termiczne legginsy. Dopiero na tę bazę nawijaj paski i przypinaj ich końce agrafkami, zostawiając kilka luźno zwisających, bo dodają efektu. Jeden długi pas zawinięty w turban załatwi głowę. Złoty kołnierz wytniesz z kartonu w kształcie półksiężyca, pomalujesz złotą farbą albo okleisz złotkami po czekoladkach i ozdobisz koralikami z rozprutego naszyjnika. Do tego długa kreska eyelinerem, złoty cień na powiekach, odrobina brązu pod kośćmi policzkowymi i usta w kolorze karmelu. Całość zwykle nie kosztuje nic, a z gazą i złotą farbą najwyżej kilkanaście złotych. Jedna rada na koniec: owijaj się tak, żeby jedną część kostiumu dało się zdjąć bez rozwijania całej mumii. Około północy mi podziękujesz.

Czarownica noir, czyli groza w czarnej koronce

Skoro jesteśmy przy damach, których lepiej nie budzić, pora na czarownicę. Kino ma ich więcej niż dyń w październiku, ale najsłynniejsza jest chyba Zła Czarownica z Zachodu z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” z 1939 roku. Grająca ją Margaret Hamilton przy scenie znikania w kłębach ognia mocno poparzyła sobie twarz i dłoń, dlatego moja czarownica od lat nosi wyłącznie świeczki na baterie. Siostry Sanderson z „Hokus pokus” wróciły na ekran po prawie trzydziestu latach, są jeszcze „Czarownice z Eastwick”, licealna „Szkoła czarownic” i „Wicked”, w którym zielona czarownica wreszcie opowiada swoją wersję historii. W polskich kinach były nawet dwie zupełnie różne „Czarownice”. W 2014 roku pod tym tytułem weszła „Maleficent” z Angeliną Jolie, a rok później mroczny horror Roberta Eggersa z Anyą Taylor-Joy, po polsku „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”. Możesz więc spokojnie mówić, że jesteś z „Czarownicy”, i patrzeć, kto zgadnie, z której.

Nasza wersja jest noir i to słowo jest tu najważniejsze. Nie robimy staruchy z kurzajką na nosie, tylko damę jak ze starego czarno-białego filmu, w szerokim kapeluszu, czarnej koronce i długiej sukni, z mocno podkreślonymi ustami. Ma być elegancko i trochę groźnie. Kapelusz zrobisz z kartonu. Wytnij koło o średnicy około pół metra z otworem na głowę, odejmując od obwodu centymetr albo dwa, a z ćwiartki dużego koła zwiń stożek. Jego dolną krawędź natnij w ząbki, zagnij je i przyklej od spodu do ronda, a całość oklej czarnym materiałem ze starej spódnicy albo swetra. Lekko pognieciony czubek wygląda lepiej niż idealny.

Za suknię wystarczy długa czarna spódnica i czarny top, a jeśli przetrwała ci tiulowa halka ze studniówki, wreszcie się przyda. Koronkę zrobisz ze starej firanki zafarbowanej na czarno, na co wystarczy jedno opakowanie barwnika do tkanin z drogerii, i wyjdzie z niej narzutka, rękawy albo tren. Nie wyrzucaj też czarnych rajstop z oczkiem, bo z odciętych nogawek wyjdą świetne rękawiczki bez palców. Broszkę w kształcie pająka zwiniesz z czarnych drucików kreatywnych, za księgę zaklęć posłuży stara książka obłożona szarym papierem, a miotła stoi przecież na balkonie. Makijaż to przydymione oko w czerni i grafitowym brązie, wyraźne kości policzkowe i usta w kolorze ciemnej śliwki albo klasycznej czerwieni, czyli nic, czego nie miałabyś w kosmetyczce. Do zdjęć usiądź nisko, wśród dyń i świec, i rozłóż tren wokół siebie, bo ciepłe światło pięknie wydobywa rysy twarzy. Wydasz najwyżej trzydzieści złotych, a wyglądać będziesz jak milion dolarów.

Frankenstein - szaleństwo z laboratorium

Z czarownicy łatwo przejść do najsłynniejszej historii grozy, jaką napisała kobieta. Mary Shelley zaczęła „Frankensteina” jako osiemnastolatka, latem 1816 roku, które przeszło do historii jako rok bez lata. Po wybuchu wulkanu Tambora nad Europą wisiały chmury i padało bez końca, więc grupa przyjaciół, wśród nich lord Byron, utknęła w willi nad Jeziorem Genewskim i urządziła konkurs na najstraszniejszą opowieść. Mary nie tylko go wygrała, ale przy okazji wymyśliła science fiction. Zapamiętaj tę willę, bo kolega jeszcze do niej wróci. I jeszcze jedno, czym możesz się pochwalić na imprezie, ale tylko raz: Frankenstein to nazwisko naukowca, a nie potwora, bo Stworzenie w powieści w ogóle nie ma imienia.

Kino szybko się tą historią zajęło. Boris Karloff we „Frankensteinie” z 1931 roku dał potworowi płaską głowę i śruby w szyi, a cztery lata później Elsa Lanchester w „Narzeczonej Frankensteina” dostała najsłynniejszą fryzurę w historii horroru, wysoki kok przecięty białymi błyskawicami. Jest na ekranie ledwie kilka minut i nie mówi ani słowa, tylko syczy, a syk podpatrzyła podobno u łabędzi w londyńskim parku. W prologu tego samego filmu zagrała zresztą samą Mary Shelley. Potem przyszły parodia Mela Brooksa „Młody Frankenstein”, „Biedne istoty” z oscarową rolą Emmy Stone, „Frankenstein” Guillermo del Toro z Jacobem Elordim jako Stworzeniem, a w 2026 roku „The Bride!” Maggie Gyllenhaal z Jessie Buckley w roli Narzeczonej.

Nasza wersja to coś pomiędzy Stworzeniem a szaloną naukowczynią. Zielona cera, bo kto by nie chciał choć raz wyglądać jak roślina doniczkowa, szwy, rozwiane włosy i frak na białej koszuli, elegancki, ale wyraźnie po kilku nieudanych eksperymentach. Frak zrobisz z ciemnej marynarki z szafy taty albo z lumpeksu, przypinając od środka agrafkami dwa długie trójkąty z czarnego materiału. Jeden rękaw możesz rozciąć i zszyć z powrotem grubą białą nitką, dużymi ściegami. Pod spód załóż białą, najlepiej męską i trochę za dużą koszulę, z postawionym kołnierzykiem i mankietami wystającymi spod rękawów. Na szyję czarna wstążka albo pasek od starej torebki z dwiema dużymi nakrętkami, metalowymi albo plastikowymi od butelek, pomalowanymi srebrnym lakierem do paznokci. To filmowe elektrody i po nich każdy cię rozpozna.

Twarz zacznij od kremu nawilżającego, na który gąbką nałożysz matowy zielony cień albo zieloną farbę do twarzy, także na szyję i dłonie. Szarym cieniem przyciemnij zagłębienia pod kośćmi policzkowymi, skronie i okolice oczu. Szwy narysuj ciemną kredką jako jedną linię z krótkimi kreskami w poprzek i lekko rozetrzyj wokół nich bordowy cień, żeby rana wyglądała na świeżą. Usta pomaluj na ciemny fiolet. Włosy natapiruj grzebieniem od nasady, dodaj suchy szampon i lakier, a jeśli wolisz wersję Narzeczonej, upnij wysoki kok na rolce papieru albo zwiniętej skarpetce i namaluj na nim dwa białe pasma. Do zdjęć poproś kogoś o suszarkę na zimnym nawiewie, bo rozwiane włosy to połowa szaleństwa z laboratorium. Cały kostium kosztuje tyle, co zielony cień albo farba do twarzy, czyli kilka, najwyżej kilkanaście złotych.

Piękna czaszka Catriny

Na koniec zostawiłam stylizację, przy której posiedzisz z pędzelkiem najdłużej, ale efekt wynagradza każdą minutę. Szkieletowy makijaż w duchu Catriny nie pochodzi z Halloween, tylko z meksykańskiego Día de Muertos, Dnia Zmarłych obchodzonego pierwszego i drugiego listopada. To radosne święto pamięci, podczas którego rodziny budują w domach ołtarzyki z kwiatami, zdjęciami i ulubionymi potrawami bliskich. Brzmi znajomo, bo my mamy Zaduszki i morze zniczy. Pomysł jest podobny, tylko temperament inny. Sama Catrina, elegancka dama-kościotrup w kapeluszu z kwiatami, zaczynała jako satyra. Na początku XX wieku rysownik José Guadalupe Posada narysował czaszkę, która kpiła z Meksykanów udających europejskich arystokratów, a imię i strój dał jej później Diego Rivera na słynnym muralu z 1947 roku. Najpiękniej pokazał to święto Pixar w „Coco” i jeśli nie płakałaś na finale, sprawdź puls. Wcześniej była barwna animacja „Księga życia”, a James Bond otworzył „Spectre” wielką paradą Dnia Zmarłych w stolicy Meksyku. Ciekawe, że takiej parady wcześniej tam nie było. Wymyślili ją filmowcy, a od 2016 roku ulicami miasta co roku przechodzi prawdziwy pochód, zainspirowany sceną z Bonda.

Malujemy więc czaszkę, ale piękną, nie straszną, z kwiatami, ornamentami, wiankiem z róż i czarnym welonem. To ukłon w stronę żywej tradycji, dlatego warto zrobić go z szacunkiem, elegancko i bez wygłupów. Wianek zrobisz ze sztucznych róż ze starych dekoracji albo z kwiatów z bibuły, takich, jakie robiło się kiedyś w każdej szkole, przyklejonych klejem na gorąco do plastikowej opaski albo obręczy z drucianego wieszaka. Pod nim przypnij wsuwkami kawałek czarnego tiulu albo zafarbowanej firanki, który ładnie wygląda także narzucony na płaszcz w drodze na imprezę. Do tego czarna sukienka, najlepiej w kwiaty albo z falbankami przy ramionach, duże czerwone korale i kolczyki z babcinej szkatułki. Tu skromność nie pasuje.

Makijaż zajmie około godziny, więc przećwicz go raz wcześniej. Zacznij od białej bazy, czyli farby do twarzy albo bardzo jasnego podkładu utrwalonego białym cieniem wklepanym wilgotną gąbką. Wokół oczu namaluj duże czarne koła albo wieniec kolorowych płatków, na czubku nosa odwrócone czarne serduszko, a przez środek ust czarną linię wyciągniętą aż na policzki, przeciętą krótkimi pionowymi kreskami, które udają zęby. Resztę twarzy ozdób kropkami, zawijasami i płatkami namalowanymi kolorowymi kredkami albo cieniami, a na koniec przyklej klejem do rzęs kilka czerwonych kryształków z rozprutej biżuterii. Zanim zaczniesz, narysuj szkic na kartce, bo cały efekt robi tu symetria. Do torebki wrzuć czarną kredkę i patyczki kosmetyczne, bo ktoś cię w końcu przytuli, a ty nie chcesz o dwudziestej drugiej wyglądać jak panda. Za białą farbę zapłacisz dwadzieścia, trzydzieści złotych, a resztę znajdziesz w domu. I na tym kończę, kochana. Baw się dobrze, a teraz oddaję głos koledze, bo panowie też muszą się w coś przebrać.

Produkt dodany do listy zakupów