Bal halloweenowy za grosze

Pod koniec października kluby pękają w szwach od zombie i czarownic, a w co drugim mieszkaniu ktoś szykuje domówkę w przebraniach. Jeszcze niedawno nikt by w to nie uwierzył. Halloween przyszedł do nas z kina i telewizji. Najpierw oglądaliśmy, jak Elliott z „E.T.” wyprowadza kosmitę z domu przebranego za ducha, potem były „Hokus pokus” i amerykańskie seriale, a dopiero na końcu plastikowe dynie w sklepach. Samo święto jest dużo starsze od kina. Nazwa pochodzi od All Hallows' Eve, wigilii Wszystkich Świętych, a korzenie sięgają celtyckiego Samhain, kiedy żegnano lato, a duchy miały podobno łatwiejszy dojazd na ziemię. Irlandczycy i Szkoci zabrali ten zwyczaj do Ameryki, Amerykanie zrobili z niego widowisko, a my dostaliśmy je w pakiecie z popcornem. Kto uważa, że to obce, niech sobie przypomni Dziady. Mickiewiczowskie „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?” brzmi przecież jak początek dobrego horroru, a w piątek można iść na bal i w niedzielę zapalić znicz.

Dobry kostium wcale nie musi pochodzić ze sklepu. Najlepsze powstają w przedpokoju, z rzeczy, które od dawna miały iść do kontenera: ze starego prześcieradła, flanelowej koszuli po tacie, firanki z szafy babci i dżinsów, które i tak miały już dziurę. Z kuchni przyda się herbata i kawa do postarzania tkanin, a miód, barwnik spożywczy i kakao wystarczą na całkiem przekonującą sztuczną krew. Resztę załatwi kosmetyczka, w której prawie każda z nas ma eyeliner, kilka cieni i ciemną szminkę. Tego, czego brakuje, warto poszukać w lumpeksie, bo marynarka z długimi połami albo robocze ogrodniczki kosztują tam mniej niż jedna maska z marketu.

Wybraliśmy osiem postaci, każdą z filmu, który warto znać, i do każdej dorzucamy kilka ciekawostek na imprezę. Zanim jednak zaczniesz, pamiętaj, że to koniec października. Kostium musi przetrwać drogę z przystanku i dobrze wyglądać spod płaszcza, bo inaczej będziesz jak klaun w środku nocy na przystanku. Nowe farby do twarzy sprawdź dzień wcześniej na kawałku skóry, kolorowe soczewki zakładaj tylko po wizycie u optyka, a peleryny, welony i koronki trzymaj z dala od ognia, najlepiej przy świeczkach na baterie. Maska musi dawać dobrą widoczność i swobodny oddech, więc na schodach i za kierownicą lepiej ją zdjąć. Rekwizyty przypominające broń, nawet plastikowe, zostaw w domu, bo masz straszyć gości na imprezie, a nie policję po drodze. Stylizacje dla pań przedstawi nasza koleżanka, która przebiera się na Halloween od lat. Panom doradzi kolega, który długo się bronił, ale w końcu dał się przekonać.

Mumia, czyli dama po bardzo długiej drzemce

Kochana, siadaj i nalej sobie herbaty. Przebieram się na Halloween od lat i pamiętam jeszcze czasy, kiedy ludzie myśleli, że dynia nadaje się tylko do zupy. Przez ten czas nauczyłam się kilku rzeczy. Najlepsze kostiumy robi się z ubrań, których nie żal, bo kiedy drżysz o ulubioną sukienkę, zamiast się bawić, tylko się denerwujesz. Makijaż robi robotę, a ubranie najwyżej mu pomaga. No i zanim wyjdziesz z domu, pomyśl, jak w tym przebraniu pójdziesz do toalety, bo nawet najlepsza mumia musi czasem… no wiesz. Od mumii zresztą zaczniemy, bo to najprostszy kostium z całej czwórki.

Pierwsza filmowa mumia wstała z sarkofagu w 1932 roku. Boris Karloff zagrał wtedy Imhotepa, egipskiego kapłana, którego ktoś nieopatrznie obudził, a charakteryzacja do scen w bandażach trwała podobno osiem godzin. Większość z nas zna jednak „Mumię” z 1999 roku, przygodówkę z Brendanem Fraserem i Rachel Weisz, pełną piasku, skarabeuszy i humoru, która dalej świetnie się ogląda. W wersji z 2017 roku, tej z Tomem Cruise’em, mumią jest wreszcie kobieta, księżniczka Ahmanet grana przez Sofię Boutellę, i dobrze, bo bandażom należało się trochę blasku. Fascynacja mumiami nie zaczęła się zresztą w kinie. W XIX-wiecznej Anglii sprzedawano bilety na pokazy, podczas których lekarz odwijał przed publicznością kolejne warstwy płótna, a malarze przez lata używali farby zwanej brązem mumiowym, robionej dosłownie ze sproszkowanych mumii. Można ją było kupić jeszcze w XX wieku.

Nasza mumia nikogo nie straszy. To egipska dama po drzemce trwającej kilka tysięcy lat, w sukience z bandaży, ze złotym kołnierzem na szyi i kreską jak z fresków w Dolinie Królów. Bandaże zrobisz ze starego prześcieradła albo kilku spranych T-shirtów, które trzeba porwać w pasy szerokie na pięć do ośmiu centymetrów. Właśnie porwać, a nie pociąć, bo postrzępione brzegi od razu wyglądają, jakby przeleżały tysiąc lat. Paski wrzuć na pół godziny do mocnej herbaty albo kawy, wyciśnij, zgnieć w kulę i wysusz na kaloryferze. Każdy wyjdzie w innym odcieniu beżu i o to właśnie chodzi.

Bandaży nie owijaj na gołym ciele. Najpierw załóż dopasowaną sukienkę albo legginsy i top w kolorze skóry, a w zimny wieczór pod spód zmieszczą się jeszcze termiczne legginsy. Dopiero na tę bazę nawijaj paski i przypinaj ich końce agrafkami, zostawiając kilka luźno zwisających, bo dodają efektu. Jeden długi pas zawinięty w turban załatwi głowę. Złoty kołnierz wytniesz z kartonu w kształcie półksiężyca, pomalujesz złotą farbą albo okleisz złotkami po czekoladkach i ozdobisz koralikami z rozprutego naszyjnika. Do tego długa kreska eyelinerem, złoty cień na powiekach, odrobina brązu pod kośćmi policzkowymi i usta w kolorze karmelu. Całość zwykle nie kosztuje nic, a z gazą i złotą farbą najwyżej kilkanaście złotych. Jedna rada na koniec: owijaj się tak, żeby jedną część kostiumu dało się zdjąć bez rozwijania całej mumii. Około północy mi podziękujesz.

Czarownica noir, czyli groza w czarnej koronce

Skoro jesteśmy przy damach, których lepiej nie budzić, pora na czarownicę. Kino ma ich więcej niż dyń w październiku, ale najsłynniejsza jest chyba Zła Czarownica z Zachodu z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” z 1939 roku. Grająca ją Margaret Hamilton przy scenie znikania w kłębach ognia mocno poparzyła sobie twarz i dłoń, dlatego moja czarownica od lat nosi wyłącznie świeczki na baterie. Siostry Sanderson z „Hokus pokus” wróciły na ekran po prawie trzydziestu latach, są jeszcze „Czarownice z Eastwick”, licealna „Szkoła czarownic” i „Wicked”, w którym zielona czarownica wreszcie opowiada swoją wersję historii. W polskich kinach były nawet dwie zupełnie różne „Czarownice”. W 2014 roku pod tym tytułem weszła „Maleficent” z Angeliną Jolie, a rok później mroczny horror Roberta Eggersa z Anyą Taylor-Joy, po polsku „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”. Możesz więc spokojnie mówić, że jesteś z „Czarownicy”, i patrzeć, kto zgadnie, z której.

Nasza wersja jest noir i to słowo jest tu najważniejsze. Nie robimy staruchy z kurzajką na nosie, tylko damę jak ze starego czarno-białego filmu, w szerokim kapeluszu, czarnej koronce i długiej sukni, z mocno podkreślonymi ustami. Ma być elegancko i trochę groźnie. Kapelusz zrobisz z kartonu. Wytnij koło o średnicy około pół metra z otworem na głowę, odejmując od obwodu centymetr albo dwa, a z ćwiartki dużego koła zwiń stożek. Jego dolną krawędź natnij w ząbki, zagnij je i przyklej od spodu do ronda, a całość oklej czarnym materiałem ze starej spódnicy albo swetra. Lekko pognieciony czubek wygląda lepiej niż idealny.

Za suknię wystarczy długa czarna spódnica i czarny top, a jeśli przetrwała ci tiulowa halka ze studniówki, wreszcie się przyda. Koronkę zrobisz ze starej firanki zafarbowanej na czarno, na co wystarczy jedno opakowanie barwnika do tkanin z drogerii, i wyjdzie z niej narzutka, rękawy albo tren. Nie wyrzucaj też czarnych rajstop z oczkiem, bo z odciętych nogawek wyjdą świetne rękawiczki bez palców. Broszkę w kształcie pająka zwiniesz z czarnych drucików kreatywnych, za księgę zaklęć posłuży stara książka obłożona szarym papierem, a miotła stoi przecież na balkonie. Makijaż to przydymione oko w czerni i grafitowym brązie, wyraźne kości policzkowe i usta w kolorze ciemnej śliwki albo klasycznej czerwieni, czyli nic, czego nie miałabyś w kosmetyczce. Do zdjęć usiądź nisko, wśród dyń i świec, i rozłóż tren wokół siebie, bo ciepłe światło pięknie wydobywa rysy twarzy. Wydasz najwyżej trzydzieści złotych, a wyglądać będziesz jak milion dolarów.

Frankenstein - szaleństwo z laboratorium

Z czarownicy łatwo przejść do najsłynniejszej historii grozy, jaką napisała kobieta. Mary Shelley zaczęła „Frankensteina” jako osiemnastolatka, latem 1816 roku, które przeszło do historii jako rok bez lata. Po wybuchu wulkanu Tambora nad Europą wisiały chmury i padało bez końca, więc grupa przyjaciół, wśród nich lord Byron, utknęła w willi nad Jeziorem Genewskim i urządziła konkurs na najstraszniejszą opowieść. Mary nie tylko go wygrała, ale przy okazji wymyśliła science fiction. Zapamiętaj tę willę, bo kolega jeszcze do niej wróci. I jeszcze jedno, czym możesz się pochwalić na imprezie, ale tylko raz: Frankenstein to nazwisko naukowca, a nie potwora, bo Stworzenie w powieści w ogóle nie ma imienia.

Kino szybko się tą historią zajęło. Boris Karloff we „Frankensteinie” z 1931 roku dał potworowi płaską głowę i śruby w szyi, a cztery lata później Elsa Lanchester w „Narzeczonej Frankensteina” dostała najsłynniejszą fryzurę w historii horroru, wysoki kok przecięty białymi błyskawicami. Jest na ekranie ledwie kilka minut i nie mówi ani słowa, tylko syczy, a syk podpatrzyła podobno u łabędzi w londyńskim parku. W prologu tego samego filmu zagrała zresztą samą Mary Shelley. Potem przyszły parodia Mela Brooksa „Młody Frankenstein”, „Biedne istoty” z oscarową rolą Emmy Stone, „Frankenstein” Guillermo del Toro z Jacobem Elordim jako Stworzeniem, a w 2026 roku „The Bride!” Maggie Gyllenhaal z Jessie Buckley w roli Narzeczonej.

Nasza wersja to coś pomiędzy Stworzeniem a szaloną naukowczynią. Zielona cera, bo kto by nie chciał choć raz wyglądać jak roślina doniczkowa, szwy, rozwiane włosy i frak na białej koszuli, elegancki, ale wyraźnie po kilku nieudanych eksperymentach. Frak zrobisz z ciemnej marynarki z szafy taty albo z lumpeksu, przypinając od środka agrafkami dwa długie trójkąty z czarnego materiału. Jeden rękaw możesz rozciąć i zszyć z powrotem grubą białą nitką, dużymi ściegami. Pod spód załóż białą, najlepiej męską i trochę za dużą koszulę, z postawionym kołnierzykiem i mankietami wystającymi spod rękawów. Na szyję czarna wstążka albo pasek od starej torebki z dwiema dużymi nakrętkami, metalowymi albo plastikowymi od butelek, pomalowanymi srebrnym lakierem do paznokci. To filmowe elektrody i po nich każdy cię rozpozna.

Twarz zacznij od kremu nawilżającego, na który gąbką nałożysz matowy zielony cień albo zieloną farbę do twarzy, także na szyję i dłonie. Szarym cieniem przyciemnij zagłębienia pod kośćmi policzkowymi, skronie i okolice oczu. Szwy narysuj ciemną kredką jako jedną linię z krótkimi kreskami w poprzek i lekko rozetrzyj wokół nich bordowy cień, żeby rana wyglądała na świeżą. Usta pomaluj na ciemny fiolet. Włosy natapiruj grzebieniem od nasady, dodaj suchy szampon i lakier, a jeśli wolisz wersję Narzeczonej, upnij wysoki kok na rolce papieru albo zwiniętej skarpetce i namaluj na nim dwa białe pasma. Do zdjęć poproś kogoś o suszarkę na zimnym nawiewie, bo rozwiane włosy to połowa szaleństwa z laboratorium. Cały kostium kosztuje tyle, co zielony cień albo farba do twarzy, czyli kilka, najwyżej kilkanaście złotych.

Piękna czaszka Catriny

Na koniec zostawiłam stylizację, przy której posiedzisz z pędzelkiem najdłużej, ale efekt wynagradza każdą minutę. Szkieletowy makijaż w duchu Catriny nie pochodzi z Halloween, tylko z meksykańskiego Día de Muertos, Dnia Zmarłych obchodzonego pierwszego i drugiego listopada. To radosne święto pamięci, podczas którego rodziny budują w domach ołtarzyki z kwiatami, zdjęciami i ulubionymi potrawami bliskich. Brzmi znajomo, bo my mamy Zaduszki i morze zniczy. Pomysł jest podobny, tylko temperament inny. Sama Catrina, elegancka dama-kościotrup w kapeluszu z kwiatami, zaczynała jako satyra. Na początku XX wieku rysownik José Guadalupe Posada narysował czaszkę, która kpiła z Meksykanów udających europejskich arystokratów, a imię i strój dał jej później Diego Rivera na słynnym muralu z 1947 roku. Najpiękniej pokazał to święto Pixar w „Coco” i jeśli nie płakałaś na finale, sprawdź puls. Wcześniej była barwna animacja „Księga życia”, a James Bond otworzył „Spectre” wielką paradą Dnia Zmarłych w stolicy Meksyku. Ciekawe, że takiej parady wcześniej tam nie było. Wymyślili ją filmowcy, a od 2016 roku ulicami miasta co roku przechodzi prawdziwy pochód, zainspirowany sceną z Bonda.

Malujemy więc czaszkę, ale piękną, nie straszną, z kwiatami, ornamentami, wiankiem z róż i czarnym welonem. To ukłon w stronę żywej tradycji, dlatego warto zrobić go z szacunkiem, elegancko i bez wygłupów. Wianek zrobisz ze sztucznych róż ze starych dekoracji albo z kwiatów z bibuły, takich, jakie robiło się kiedyś w każdej szkole, przyklejonych klejem na gorąco do plastikowej opaski albo obręczy z drucianego wieszaka. Pod nim przypnij wsuwkami kawałek czarnego tiulu albo zafarbowanej firanki, który ładnie wygląda także narzucony na płaszcz w drodze na imprezę. Do tego czarna sukienka, najlepiej w kwiaty albo z falbankami przy ramionach, duże czerwone korale i kolczyki z babcinej szkatułki. Tu skromność nie pasuje.

Makijaż zajmie około godziny, więc przećwicz go raz wcześniej. Zacznij od białej bazy, czyli farby do twarzy albo bardzo jasnego podkładu utrwalonego białym cieniem wklepanym wilgotną gąbką. Wokół oczu namaluj duże czarne koła albo wieniec kolorowych płatków, na czubku nosa odwrócone czarne serduszko, a przez środek ust czarną linię wyciągniętą aż na policzki, przeciętą krótkimi pionowymi kreskami, które udają zęby. Resztę twarzy ozdób kropkami, zawijasami i płatkami namalowanymi kolorowymi kredkami albo cieniami, a na koniec przyklej klejem do rzęs kilka czerwonych kryształków z rozprutej biżuterii. Zanim zaczniesz, narysuj szkic na kartce, bo cały efekt robi tu symetria. Do torebki wrzuć czarną kredkę i patyczki kosmetyczne, bo ktoś cię w końcu przytuli, a ty nie chcesz o dwudziestej drugiej wyglądać jak panda. Za białą farbę zapłacisz dwadzieścia, trzydzieści złotych, a resztę znajdziesz w domu. I na tym kończę, kochana. Baw się dobrze, a teraz oddaję głos koledze, bo panowie też muszą się w coś przebrać.

Hrabia Dracula, czyli maniery z pięciogwiazdkowego hotelu

Hrabia Dracula we fraku i pelerynie z czerwoną podszewką, przy świecach i dyniach

Stary, wiem. Najchętniej poszedłbyś w bluzie z kapturem i mówił wszystkim, że jesteś przebrany za siebie w poniedziałek. Tym razem nie. Dobra wiadomość jest taka, że facet ma w Halloween łatwiej, niż mu się wydaje, bo nie musi umieć szyć ani malować i nie musi wyglądać jak z okładki „Vogue’a”. Liczy się pomysł i to, że w ogóle ci się chciało. Jest tylko jedna zasada: jak już się przebierasz, to na całego. Dracula na pół gwizdka to po prostu gość w pelerynie, więc trzymaj się roli dłużej niż do pierwszego piwa. A skoro o Draculi mowa, od niego zacznijmy, bo od niego wszystko się zaczęło.

Powieść Brama Stokera wyszła w 1897 roku, a imię hrabiego pisarz podebrał Władowi Palownikowi, okrutnemu władcy Wołoszczyzny. Kino pokochało Draculę od razu, choć nie zawsze legalnie. Niemiecki „Nosferatu — symfonia grozy” z 1922 roku był nieautoryzowaną przeróbką powieści, wdowa po Stokerze wygrała proces i sąd kazał zniszczyć kopie filmu. Kilka na szczęście przetrwało, a w 2024 roku Robert Eggers nakręcił nowego „Nosferatu” z Billem Skarsgårdem. Wygląd, który wszyscy kojarzymy, utrwalił Bela Lugosi w „Draculi” z 1931 roku: zaczesane włosy, peleryna i maniery jak u kelnera z pięciogwiazdkowego hotelu. Lugosi tak zrósł się z tą rolą, że pochowano go w pelerynie hrabiego. Po nim przyszli Christopher Lee w horrorach wytwórni Hammer i Gary Oldman w „Drakuli” Coppoli, do którego kostiumy zaprojektowała Eiko Ishioka i dostała za nie Oscara. Koleżanka opowiadała o willi nad Jeziorem Genewskim. Elegancki wampir pochodzi właśnie stamtąd. Przy tym samym konkursie lekarz Byrona, John Polidori, wziął porzucony przez Byrona pomysł i zrobił z niego opowiadanie „Wampir”, którego bohater, blady i uwodzicielski lord, wygląda dokładnie tak, jak sto lat później pokochało go kino. A jeśli ktoś ci powie, że wampiry to amerykański import, przypomnij mu o naszych strzygach i upiorach. Wiedźmin nie walczył przecież z dyniami.

Dracula nie biega jak wariat, tylko sunie. Ma wolne ruchy, prostą sylwetkę i spojrzenie, od którego przechodzą ciarki, a do tego frak, kamizelkę, żabot i pelerynę z czerwoną podszewką. Pelerynę zrobisz ze starej czarnej zasłony, poszwy albo rozkloszowanej spódnicy, i nie śmiej się, bo pas zapinasz pod szyją i nikt się nie zorientuje. Podszewkę doszyjesz albo przykleisz ze starej czerwonej poszewki. Najważniejszy jest wysoki kołnierz, który podobno narodził się w teatrze. W scenicznej wersji z lat dwudziestych zasłaniał aktorowi tył głowy, żeby ten mógł niepostrzeżenie wymknąć się z peleryny przez zapadnię, a widzom wydawało się, że hrabia rozpłynął się w powietrzu. Twój kołnierz wytniesz z kartonu albo plastikowej teczki na dokumenty, oklejesz materiałem, od środka czerwonym, i przypniesz do peleryny zszywaczem. Musi stać sam, bo inaczej wyglądasz jak kaczka. Pelerynę zapniesz dwoma dużymi guzikami i kawałkiem łańcuszka od starej torebki. Frak i kamizelkę weź od garnituru, który pamięta studniówkę albo wesele kuzyna, a żabot ułóż pod szyją z białej chusteczki albo kawałka koronki i spnij broszką z kapsla pomalowanego czerwonym lakierem do paznokci.

Włosy zaczesz gładko do tyłu na dużą ilość żelu. Puder o ton jaśniejszy od twojej cery zrobi z ciebie kogoś bladego jak ściana w piwnicy, a odrobina szarego cienia pod oczami i pod kośćmi policzkowymi doda arystokratycznego zmęczenia. Kły są opcjonalne. Tanie plastikowe świetnie wyglądają na zdjęciach i fatalnie w rozmowie, więc trzymaj je w kieszeni na sesję. Naucz się za to jednej kwestii z 1931 roku, „Nigdy nie pijam… wina”, i mów ją powoli, z pauzą, patrząc rozmówcy w oczy. Do zdjęć wystarczy światło od dołu, czyli latarka w telefonie trzymana na wysokości klatki piersiowej. Całość zamkniesz w dwudziestu złotych, a jeśli masz stary garnitur, nie wydasz nic.

Flanela w połowie przemiany czyli Wilkołak

Jeśli peleryna to dla ciebie za dużo elegancji, zostaje wilkołak. Historie o ludziach, którzy zmieniają się w wilki, zna prawie każda kultura, a słowiański wilkołak to stały bywalec polskich podań. Gwiazdą zrobiło go jednak kino, a dokładnie „Wilkołak” z 1941 roku z Lonem Chaneyem Jr. Scenarzysta Curt Siodmak dopisał wtedy do legendy wierszyk o tym, że nawet człowiek czystego serca może stać się wilkiem, gdy zakwitnie tojad, a jesienny księżyc świeci jasno, i dorzucił kilka zasad, które dziś bierzemy za stary folklor. Kto dorastał w latach osiemdziesiątych, pamięta „Amerykańskiego wilkołaka w Londynie” i „Teen Wolfa” z Michaelem J. Foxem, młodsi znają raczej Jacoba ze „Zmierzchu”, który chyba nigdy nie zakładał koszuli. Przemianę w „Amerykańskim wilkołaku w Londynie” zrobiono bez komputerów, z mechanicznych protez i lateksu, a jej twórca, Rick Baker, dostał za nią pierwszego w historii Oscara za charakteryzację. Zapamiętaj to nazwisko, bo za chwilę jeszcze się pojawi.

Nasz wilkołak jest w połowie przemiany. Wciąż ma na sobie flanelową koszulę drwala, ale spod mankietów wyłazi mu już sierść, nos poczerniał, a paznokcie zrobiły się podejrzanie ciemne. Weź flanelę w kratę, której nie nosisz od trzech sezonów, rozedrzyj jej mankiety i dół, pociągnij za nitki, żeby się strzępiły, a pod spód załóż ciemny T-shirt. Sierść znajdziesz w futrzanym kołnierzu od starej kurtki, futerku z kaptura, starej pluszowej zabawce albo w kapciach po psie, jeśli przeżyły. Paski futra przyszyj albo przyklej od wewnątrz rękawów, tak żeby wystawały spod mankietów, i trochę przy dekolcie. Uszy to dwa trójkąty z kartonu oklejone futrem albo brązowym filcem i przyklejone na gorąco do opaski, którą pożyczysz od siostry albo dziewczyny i oddasz w jednym kawałku. Dżinsy przetrzyj na kolanach tarką albo papierem ściernym, bo wilkołaki nie chodzą w nowych ciuchach.

Czubek nosa i linię od nosa do górnej wargi pomaluj na czarno eyelinerem albo farbą do twarzy. Brązowym i szarym cieniem przyciemnij okolice oczu, a kredką do brwi dorysuj krótkimi kreskami bokobrody i zarost, a jeśli masz brodę, po prostu ją potargaj. Paznokcie pomaluj czarnym lakierem, który rano zmyjesz przed pracą. Żółte oczy robią wrażenie, ale kolorowe soczewki zakładasz tylko po dopasowaniu u optyka, a bez nich poradzisz sobie żółtawo-brązowym cieniem roztartym tuż pod dolną linią rzęs. Najważniejsza jest postawa, bo wilkołak nigdy nie stoi prosto. Pochyl się, rozstaw ręce i pokaż zęby. Wydasz najwyżej piętnaście złotych.

Wilkołak w połowie przemiany: flanelowa koszula w kratę, futrzane uszy, księżyc w tle

Zombie - drugi z lewej

Zombie w rozpiętej białej koszuli i luźnym krawacie, z ranami na skórze

Rick Baker, ten od wilkołaka, dwa lata później zrobił razem z reżyserem Johnem Landisem zombie do „Thrillera” Michaela Jacksona, więc płynnie przechodzimy do żywych trupów. Pierwszym pełnometrażowym filmem o zombie był „Biały zombie” z 1932 roku, w którym zagrał Bela Lugosi, ten sam od Draculi. Zombie, jakie znamy, czyli powolne, głodne i chodzące stadem, wymyślił jednak George A. Romero w „Nocy żywych trupów” z 1968 roku. Ciekawe, że słowo „zombie” nie pada tam ani razu, bohaterowie mówią o ghulach, a krew na czarno-białej taśmie to zwykły syrop czekoladowy. Przy zmianie tytułu dystrybutor zapomniał umieścić na kopiach informację o prawach autorskich i film trafił do domeny publicznej. Każdy mógł go legalnie pokazywać, więc stał się jednym z najczęściej wyświetlanych horrorów w historii. Potem przyszły „Świt żywych trupów”, komedia „Wysyp żywych trupów”, szybcy i wściekli zarażeni z „28 dni później” i „28 lat później”, koreański „Zombie Express” oraz seriale „The Walking Dead” i „The Last of Us”. Ekipa „The Walking Dead” prowadziła zresztą dla statystów „szkołę zombie”, w której uczyli się chodu, ruchów głowy i tego, jak nie wyglądać jak aktor, który udaje zombie.

Nasz zombie nie jest gwiazdą filmu. To zwykły trup z tłumu, drugi z lewej, który jeszcze rano szedł do biura na kawę. Ma rozpiętą białą koszulę, poluzowany krawat, podarte spodnie i cerę po bardzo, bardzo złym tygodniu. To najprostszy kostium, jaki znam, a działa zawsze. Potrzebujesz białej koszuli, którą i tak chciałeś wyrzucić, krawata taty albo z lumpeksu i starych spodni od garnituru. Spodnie rozedrzyj na kolanach, koszulę rozepnij, oderwij jeden guzik i nierówno podwiń rękawy, a całość przetrzyj fusami z kawy, zimną herbatą i szarym cieniem. Trochę ziemi z doniczki też się przyda, tylko nie w salonie. Krew zrobisz z dwóch łyżek miodu albo syropu, kilku kropel czerwonego barwnika spożywczego i szczypty kakao, które zagęści miksturę i przyciemni kolor. Jeśli wyjdzie zbyt malinowo, dodaj kroplę niebieskiego albo zielonego barwnika. Taka krew jest jadalna, ale klei się jak diabli i barwi tkaniny, więc lej ją na ubranie, które i tak pójdzie do kosza, a nie na kanapę gospodarzy.

Twarz, szyję i dłonie przypudruj jasnym pudrem, a szarym, fioletowym i odrobiną zielonego cienia przyciemnij oczy, zagłębienia pod kośćmi policzkowymi i skronie, żeby wyglądały na zapadnięte. Fioletową kredką narysuj kilka żyłek na szyi. Najwięcej frajdy daje rana z papieru toaletowego. Nałóż na skórę cienką warstwę kleju do rzęs, przyłóż pojedynczą warstwę papieru, poczekaj, aż przeschnie, i powtórz to jeszcze dwa razy. Potem rozerwij środek pęsetą, przypudruj brzegi, wnętrze pomaluj bordowym cieniem i dodaj kroplę sztucznej krwi. Kostium to jednak tylko połowa sukcesu, druga połowa to chód. Ciągnij jedną nogę jak po maratonie, trzymaj głowę lekko przechyloną, niech ręce zwisają, i nie przesadzaj z warczeniem, bo cisza i powolność straszą bardziej. Jeśli chcesz wersję dla zaawansowanych, weź do ręki telefon i rób relację na żywo z zaświatów. Wszystko razem kosztuje najwyżej dziesięć złotych.

Worek i cisza - dla wygadanych

Na koniec coś dla tych, którzy na imprezach nie lubią ani tańczyć, ani gadać. Worek na kartofle z wyciętymi oczami to jeden z najstarszych i najtańszych symboli kina grozy. Nosił go tajemniczy „Fantom” w „The Town That Dreaded Sundown” z 1976 roku, filmie opartym na prawdziwych zbrodniach z Teksasu, i Jason Voorhees w drugiej części „Piątku trzynastego”, zanim w trzeciej dostał słynną maskę hokejową. W worku chodzi też jeden z intruzów w „Nieznajomych” i Strach na Wróble grany przez Cilliana Murphy’ego w „Batmanie: Początku”. Najsłynniejsza maska horroru też zresztą kosztowała grosze. Twarz Michaela Myersa w „Halloween” z 1978 roku to tania maska kapitana Kirka ze „Star Treka”, przemalowana na biało, z poszerzonymi otworami na oczy. Cały ten gatunek nazywa się slasherem, a badaczka Carol J. Clover ukuła dla niego pojęcie „final girl”, czyli dziewczyny, która jako jedyna dotrwa do napisów końcowych. Wiesz już, kogo na imprezie lepiej nie zaczepiać.

Ta postać nie potrzebuje słów ani ruchu. Worek na głowie, ogrodniczki po dziadku, sweter w kolorze zgniłej kapusty i robocze rękawice. Stoisz bez ruchu w półmroku i to wystarczy, więc to idealny kostium dla introwertyka, bo nikt nie oczekuje, że będziesz zabawiał towarzystwo. Weź worek jutowy po ziemniakach albo jutową torbę na zakupy i najpierw go wypierz, bo juta po warzywach pyli. Załóż go, zaznacz kredą miejsce oczu, zdejmij i wytnij otwory, niewielkie, ale na tyle duże, żebyś dobrze widział. Grubą czerwoną albo czarną włóczką wyszyj krzywe szwy w miejscu ust, a od środka wszyj starą bawełnianą czapkę, bo juta drapie jak szalona, a ty masz w tym wytrzymać kilka godzin. Przy szyi przewiąż worek jutowym sznurkiem, luźno i tylko dla ozdoby. Do tego robocze ogrodniczki albo kombinezon z lumpeksu, gruby brązowy sweter, rękawice z garażu i ciężkie buty, które pamiętają lepsze czasy. Jest ciepło i wygodnie, więc październikowy wieczór ci nie straszny.

Rekwizytów nie potrzebujesz. Narzędzia zostaw w szopie, także te plastikowe, bo ta postać straszy bezruchem. Stań w kącie, gdzie ledwo dochodzi światło, i poczekaj, aż ktoś cię zauważy. Maskę zdejmuj na schodach, do jedzenia i do zdjęć grupowych, a w drodze na imprezę noś ją w torbie, bo w autobusie wyglądasz w niej po prostu głupio. Całość kosztuje od zera do dwudziestu złotych.

Zamaskowany zabójca w worku jutowym na głowie, ogrodniczkach i roboczych rękawicach

Po balu

Wracasz do domu jak ofiara wypadku w fabryce farb? Spokojnie, nie trzeba dzwonić na pogotowie kosmetyczne o drugiej w nocy. Farbę do twarzy i mocny makijaż najlepiej zdejmuje olej, oliwka dla dzieci, olejek do demakijażu albo zwykła oliwa, bo rozpuszcza farbę łagodniej niż szorowanie, a twarz żelem myjesz dopiero potem. Kleju do rzęs i ran z papieru nie zdzieraj. Nasącz je olejem, odczekaj chwilę, a zejdą jak masło. Sztuczną krew zmyjesz ciepłą wodą z łagodnym mydłem, bo miód i syrop rozpuszczają się w wodzie, a delikatny róż po barwniku zniknie przy kolejnym myciu. Ubranie najpierw przepłucz zimną wodą z odrobiną płynu do naczyń i dopiero potem wrzuć do pralki, bo gorąca woda utrwala plamy z barwników na amen. Jeśli skóra piecze, swędzi albo się czerwieni, przerwij i pokaż ją farmaceucie.

A jeśli po imprezie został ci kostium, a w kalendarzu wolny wieczór, zrób seans z filmami, z których pochodzą twoje postacie. Na rozgrzewkę warto obejrzeć coś z przymrużeniem oka, czyli „Mumię” z Brendanem Fraserem, „Hokus pokus”, „Młodego Frankensteina” albo „Wysyp żywych trupów”. Potem przyjdzie pora na klasykę, którą wypada znać, od „Frankensteina” i „Narzeczonej Frankensteina” przez „Draculę” z Lugosim i „Wilkołaka” aż po „Noc żywych trupów”. Kto chce nie spać do rana, niech sięgnie po „Czarownicę: Bajkę ludową z Nowej Anglii”, w której diabeł naprawdę tkwi w szczegółach, po nowego „Nosferatu” albo po „28 dni później”. Do tego oczywiście „Halloween”, tylko uważaj na Michaela Myersa, bo jest jak były: nigdy nie wiesz, kiedy wróci. Na zakończenie polecamy „Coco”, bo po nocy z potworami należy się trochę czułości.

Zgaś światło, zrób popcorn i posadź znajomych w kostiumach na kanapie. Wszystko zaczęło się przecież w kinie i w kinie najprzyjemniej się kończy. Jak urządzić taki wieczór w prawdziwie kinowym klimacie, podpowiadamy na stronie Maraton horrorów na 100 calach.

Uwaga: AI - Zdjęcia stylizacji w tym artykule zostały wygenerowane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji

Produkt dodany do listy zakupów